06/05/2013

The Wood / Las

Yesterday, I went for a walk to a wood with my mum. For me, it's an unusual wood, because is in my hometown and surely it was the first one I've ever been to when I was a kid.

********
Wczoraj byłam na spacerze w lesie z moją mamą. Jest to las dla mnie niezwykły, bo znajduje się w moim rodzinnym mieście i pewnie był to pierwszy las, który poznałam jako dziecko.



 
Apart from fresh air and singing birds the wood gives me peace of mind and this wonderful feeling, that a moment is the only thing that counts.

********

Oprócz świeżego powietrza i śpiewu ptaków las daje mi także wyciszenie i to piękne wrażene, że liczy się tylko chwila.




For most of us it's obvious, that the wood is a place of integration with nature and metaphoric symbol of fairy tells or "scary" stories for naughty kids.

********
To, że dla wielu z nas las jest miejscem zespolenia z naturą, metaforycznym symbolem bajek lub historii "strasznych" opowieści dla niegrzecznych dzieci jest dla wielu z nas oczywiste.





But to me, the wood also makes me think about a crime and mystery. In Poland for example, numerous battles and war murders were commited in the woods. I have a reason in mentioning this. In the wood on these photos there is a place of war crime. During WW2 Nazis exterminated here war prisoners from POW Camp, which existed on territory of Chełm. There were Soviet, Polish, Italian soldiers and others. 
 
Wood "covers" those events and neutralise them with silence. The energy of the woods needs to be respected and  taken as it is.

********

Mnie również las kojarzy się ze zbrodnią i tajemnicą. W Polsce np wiele bitew i morderstw wojennych zostało popełonionych w lasach. Mam cel, w przywołaniu tych skojarzeń. W tym lesie istnieje miejsce straceń, kiedy to Hitlerowscy Niemcy w czasie II Wojny Światowej eksterminowali więźniów z obozu jenieckiego, który znajdował się na terenie Chełma. Byli to żołnierze Sowieccy, Polscy, Włoscy i innych narodowaości. 
 
Lasy kryją swe "złe" zdarzenia i neutralizują je ciszą. Energię lasu, trzeba szanować i przyjąć jaką jest.



 And what does wood mean to you? 

******

Co znaczy dla was las? 
 

Photos taken in polish wood called "Borek" (Chelm - Poland)

Zdięcia zrobione w lesie "Borek" (Chelm - Polska)


04/05/2013

I am not a kid in America Part II / Nie jestem dzieckiem Ameryki Part II

britannica.com


The officer was a relatively young man wearing glasses.
He sort of joyfully asked me “Hi, how are you doing today?” when I eventually got to his “working zone”. I didn't care whether he is nice to me, because my lovely ego took over and I felt as I had to beg him to go to "his" country.
Ordinary, as most people in this situation would probably feel, I quickly decided that I am not going to beg anyone for going to any country in this world. Just to clarify I had to go to do a training in Princeton. I wasn't going to win a fortune in Las Vegas or to visit "my friends" in Hollywood:)

Therefore I have chosen to become slightly annoyed and responded “I am fine, thanks” with no shade of a positive emotion, but with a bit of sophistication. I wanted to highlight that even though, I need him far more than he does, I am still “the same kind of human being”.
I can assure you, that it was my last moment of any sophistication that day… 


“How big is the company you work for? I've never heard of it”- the officer asked.
Oops! I did not expect this question, but I did not know to expect anyway so I shoot for most possible answer.
“It will be over a hundred people, I suppose… It’s actually an American company” – I replied.
“And how long do you work there for?” – I replied how long for.
“And where have you worked before?” – I informed him where.
“What did you study?” – I advised what I studied.
At this point he lifted his shoulders in a nervous gesture and asked quite aggressively that how this is possible, that I studied something different from the industry I am working in.
I got a bit nervous myself, as this was an ambiguous question and unnecessary comment in my view. Gosh, as I was the only one in this world, who works in a different field, from what they had studied…
The situation become uncomfortable and I felt overwhelmed by a disturbing feeling of wanting to just finish this all nonsense and walk away. However it wasn't my time yet…

One of the last questions was “What’s the company website?” and my sincere blunt answer “You can Google it” (I swear I was nice by then) just nailed it. I felt as I failed a school exam. An exam for begging for visa.
I did precisely explain the purpose of my trip and indicated to the man again, that there are all contact details in the documents provided, but he was not listening. He was looking above my head making some gestures to a couple behind me who probably had to come back to him for some reason. I felt totally omitted.


Finally I was told: “Unfortunately ma’am you are not entitled for visa to United States and here is why”
(A piece of paper flew into my hands).


I didn't look at it, just said, thanks very much and I left quickly. I was furious, but relieved at the same time. Did I really want to go? No. Not for the price of begging and humiliation.
I read the document and I learnt from it, that I “did not show enough ties outside of US”. What does it mean?
I don’t know. I am young, unmarried woman and I am going to US to hunt for a husband or do illegal work like my compatriots in the 80/90's? 


The times have changed since then. Quite much...


If you are not interested in finding out what’s going on in the world you will simply be tied in ignorance and stained by stereotyping. Well… we do have reasons sometimes to not want to know what is really going on, but that’s a story for another time.





WERSJA POLSKA / POLISH VERSION




Pan urzędnik był stosunkowo młodym mężczyzna w okularach.
Zapytał mnie: "Cześć, jak się dzisiaj masz?", gdy w końcu do niego dotarłam. 

Nie obchodziło mnie, czy ów pan jest dla mnie miły, ponieważ moje ego wzięło górę i poczułam się jakbym musiała go prosić, aby móc przyjechac do "jego" kraju. Zwyczajnie, jak chyba większość osób w tej sytuacji szybko zdecydowałam, że nie mam zamiaru prosić nikogo o wstęp do żadnego kraju na świecie. Jeszcze raz wyjaśniłam sobie, że po prostu musiałam jechać na szkolenie do Princeton. Nie wybierałam się do Las Vegas, aby wygrać fortunę lub odwiedzić "moich friends" w Hollywood :)

Dlatego wybrałam lekkie zdenerwowanie i odpowiedziałam: "W porządku, dziękuję" bez cienia pozytywnych emocji, ale z odrobiną wyrafinowania. Chciałam podkreślić, że mimo tego, że to ja potrzebuję go bardziej niż on mnie to wciąż jestem "takim samym jak on" człowiekiem.
Mogę was zapewnić, że to był mój ostatni moment jakiegokolwiek wyrafinowania tam -tego dnia.

"Jak duża jest firma, w której pracujesz? Nigdy o niej nie słyszałem" - zapytał.
Ooops nie oczekiwałam takiego pytania, ale nie widziałam czego się spodziewać, tak więc zaryzykowałam odpowiedź na tę najbardziej (według mnie) prawdopodobną. "To będzie ponad sto osób, przypuszczam... Tak w ogóle to jest amerykańska firma" - odpowiedziałam. 

"A jak długo tam pracujesz?" - odpowiedziałam jak długo.
"A gdzie pracowałaś wcześniej?" - powiedziałam mu gdzie.
"Co studiowałaś?" - odpowiedziałam co.
W tym momencie pan uniósł ramiona w nerwowym geście i zapytał dość agresywnie, jak to jest możliwe, że uczyłam się czegoś innego, a pracuję w innej profesji.
Sama również się trochę zdenerwowałam ponieważ moim zdaniem było to dwuznaczne pytanie doprawione niepotrzebnym komentarzem. Boże, jakbym to tylko ja na tym świecie, pracowała w innej dziedzinie od tej, w której się kształciłam...
Sytuacja stawała się coraz bardziej niekomfortowa i czułam się przytłoczona jakimś niepokojącym uczuciem chęci zakończenia tego całego nonsensu i odejścia. Jednak to nie było mi jeszcze dane...

Jednym z ostatnich pytań jakie padło było: "Podaj mi stronę internetową tej firmy?" I moja szczero-tępa odpowiedź "Wygugluj sobie" (przysięgam, że już wtedy byłam miła!) po prostu przypieczętowała ten moment. Czułam się tak, jak bym oblała szkolny egzamin. Egzamin z proszenia o wizę...
Starałam się jeszcze dokładnie wyjaśnić cel mojej podróży i wskazałam ponownie wszystkie dane kontaktowe w dostarczonych dokumentach, ale on nie słuchał. Patrzył nad moja głową, wykonując  pewne gesty do jakieś pary, która stała za mną, i prawdo-podobnie miała wrócić do niego z jakiegoś powodu. Czułam się całkowicie zlekceważona.

Wreszcie oglosił: "Niestety nie przysługuje Pani wiza do Stanów Zjednoczonych i tu jest napisane dlaczego"
Kartka papieru wpadła mi w ręce.
Ja natomiast na nią nie spojrzałam, powiedziałam że bardzo dziękuję i szybko wyszłam. Byłam wściekła, ale jednocześnie odczułam ulgę. Czy naprawdę chciałam tam jechac? Nie. Nie za cenę upokarzania.
Czytając potem dokument dowiedziałam się z niego, że "nie wykazałam wystarczających więzi poza USA." Co to oznacza?
Spekuluję: Jestem młodą kobietą - niezamężną i jadę do USA, aby polować na męża podczas nielegalnej pracy? Czyżby ten młody pan miał de ja vu z lat 80-tych? 


Czasy się zmieniły. Dość znacznie ...

Jeżeli nie interesuje nas, aby na bierząco dowiadywać się, co dzieje się na świecie, będziemy po prostu żyć w niewiedzy poplamionej stereotypami. Aczkolwiek rozumiem, że czasami mamy powody, dla których nie chcemy wiedzieć, co się naprawdę na świecie dzieje, ale to już inna historia.

01/05/2013

I am not a kid in America (Part I) / "Nie jestem dzieckiem Ameryki" (Part I)

thehappygirlexperiment.com


Do you remember the song called “We are kids in America” sang by Kim Wilde? If you do, good for you, because it was a joyful, good tune. If you don’t - nothing to worry about, as since that time plenty of joyful American songs were made.
The title of this song came to my mind, when I decided to describe my unique (and the only one so far) adventure with America or United States of America if you wish.
This adventure unfortunately wasn’t as joyful as the song mentioned, however I wanted to start with a positive tone, so there we go…


Some time ago my former employer wanted to send me to the United States for two weeks on an intensive course, where I was meant to learn new skills in Project Management.
The course was taking place in Princeton – New Jersey and it would be my first time ever to visit US.
Sates were not the priority on my list of dream places to go to, yet you would appreciate that it still felt great to have this opportunity.
The reality was (and still is!) that I am a Polish citizen. Poland is one of very few countries in the European Community (I think along with Bulgaria and Romania) that has to go through tougher process for visa application than other EU members.

After I had successfully completed an application on line, which provided me with significant amount of frustration (when timing out every 20min) and made me feel like I was a potential criminal (“Have you ever been involved in torture? / Are you going to US to sell drugs? / Are you going to work as a prostitute? - etc type of questions – I swear!) my enthusiasm decreased to an average contentment.

Anyway, on a lovely Friday morning I headed off to US Embassy in London. I had to leave my mobile at home in Windsor (where I lived in that time), as no electronic devices are permitted on embassy territory. No mobile, no I pod, no I phone, no laptop, no key fobs, no smile, no enthusiasm… off I went…

I got a croissant in a nearby bar and learnt from the barman, that everybody who would bring a mobile to US Embassy will risk it to be chucked in the bin by the security. I have also found out, that there is a pharmacy close to the Embassy where I could leave my mobile paying a fiver or so. This pharmacy must be making a nice profit out of this service. Well done. I wonder, how much money they could make on selling sedatives to future US visa holders (or holders of rejected applications) before visiting the embassy… The sedatives would definitely help me; with nothing to do and no possibility to use any electronic device. Oh I could at least have a nap when waiting for my number to be called for the interview :)

Someone would say “Take something to read”. Well, even though I love reading this time I have limited my reading aspirations to ticket numbers coming randomly on the screen inside the waiting area… I felt too much pressure to read anything else.

After giving all my documents during my appointment I began to wait. After 3.5 hours of totally unproductive waiting (I hate wasting time;) my number was finally called.
I rose up and walked towards the indicated place. I was a bit tired by then (from doing nothing!), so my usually high levels of energy dropped to heavy steps taken on an average pace. I could see from the distance, that Immigration Officer was observing me taking those heavy steps. The whole place looked like a Post Office. A few windows, cashier alike one next to another. I guess other officers in those, but I couldn't see them, because all my focus went closer to my yet "undeserved" American Dream...





WERSJA POLSKA / POLISH VERSION




Pamiętacie piosenkę "We are kids in America" śpiewaną przez Kim Wilde? Jeśli tak, to świetnie, ponieważ była to radosna, dobrze wykonana śpiewka. Jeśli nie - nie  przejmujcie się, ponieważ mnóstwo radosnych, amerykańskich piosenek zostało od tego czasu nagranych.
Tytuł tej piosenki przyszedł mi do głowy, kiedy zdecydowałam się opisać moją niepowtarzalną (i jedyną jak dotąd) przygodę z Ameryką lub Stanami Zjednoczonymi Ameryki, jak kto woli.
Ta przygoda niestety nie była tak radosna jak wspomniana piosenka, jednak chciałam zacząć ten tekst w pozytywnym tonie :)


Jakiś czas temu, mój były pracodawca chciał wysłać mnie do Stanów Zjednoczonych na dwu tygodniowy intensywny kurs, co miało dla mnie oznaczać zdobywanie nowych umiejętności w zakresie zarządzania projektami. Kurs odbywał się w Princeton w stanie New Jersey - miał być to mój pierwszy pobyt w USA.
Stany nie były priorytetem na mojej liście "miejsc marzeń do zwiedzenia", ale jak zapewne sobie wyobrażacie i tak wspaniale jest mieć możliwość aby tam pojechać.

Rzeczywistość była (i nadal jest), że jestem obywatelem polskim. Polska jest jednym z niewielu krajów Wspólnoty Europejskiej, który przechodzi przez zaostrzony proces aplikacji o wizę w porwnaniu z pozostałymi krajami Unii. Chyba tylko w całej Unii Bułgaria i Rumunia są w podobnej sytuacji.
Po pomyślnym wypełnieniu wniosku on-line, który już zdążył dostarczyć mi frustracji, (aplikacja zamykała się co 20 minut nie tracąc wszystkie wpisane wcześniej dane, jeśli się ich wcześniej nie zachowało), już czułam się, jakbym była potencjalnym przestępcą ("Czy kiedykolwiek uczestniczyłaś w torturowaniu? / Czy jedziesz do USA, aby sprzedawać narkotyki? / Czy masz zamiar pracować jako prostytutka – itp. Przysięgam!) mój entuzjazm spadł do etapu średniego zadowolenia.
Nie mniej jednak, w pewny piękny październikowy piątek udałam się do ambasady USA w Londynie. Musiałam zostawić mój telefon komórkowy w domu w Windsorze, (gdzie wtedy mieszkałam), ponieważ urządzenia elektroniczne nie były dozwolone na terenie ambasady. No mobile, no Ipod, no telefon, no laptop, no elektronicznych breloczków, no uśmiech, no entuzjazm... I tak poszłam.

Kupiłam rogalika w pobliskim barze, gdzie dowiedziałam się od barmana, że każdy, kto przyniesie komórkę do Ambasady Stanów Zjednoczonych ryzykuje, iż skończy ona w koszu na śmieci. Dowiedziałam się równiez, że w pobliżu ambasady jest apteka, w której ewentualnie mogłabym zostawić mój telefon płacąc za to pieć funtów. Swoją drogą to, ta apteka musi mieć niezły zysk z tej usługi. Super.
Zastanawiam się, jak wiele pieniędzy mogliby zarobić na sprzedaży środków uspokajających dla potencjalnych posiadaczy amerykańskich wiz (lub posiadaczy odrzuconych wniosków)... Takie środki na pewno by mi pomogły, kiedy to nie ma się nic do zrobienia oraz żadnej możliwości wykorzystania jakże niezbędnych w dzisiejszym świecie urządzeń elektronicznych;) Oh, mogłabym przynajmniej strzelić sobie po nich drzemkę podczas oczekiwania na swoją kolej!

Pewnie ktoś by mi doradził: "Weź coś do czytania". Cuż, mimo że kocham czytać, w tamtej sytuacji postanowiłam ograniczyć moje aspiracje czytelnicze do numerków bilecików ogłaszanych losowo na ekranie wewnątrz poczekalni... Nie czułam sie na siłach, aby poczytać coś innego.

Dostarczyłam wszystkie potrzebne dokumenty pewnej pani w okienku, punktualnie o przydzielonej mi godzinie i rozpoczęłam "prawdziwe" czekanie. Po trzech i pół godziny całkowicie bezproduktywnego oczekiwania (bardzo nie lubię tracić czasu:) na wspomnianym wcześniej ekraniku ukazał się mój numer.
Wstałam i ruszyłam do wskazanego miejsca. Byłam już trochę zmęczona (od nic nie robienia!), więc mój zwykle wysoki poziom energii opadł do postaci ciężkich kroków "umiarkowanej" prędkości.
Widziałam z daleka, że pan urzędnik (Immigration Officer) obserwował mnie poprzez pryzmat tych ciężkich kroków. Całe to miejsce wyglądało jak urząd pocztowy. Parę okienek, a w nich po jednym urzędniku. Chyba było ich trochę więcej, ale ja ich już nie widziałam, bo cała moja uwaga skupiła się na coraz bliższym, "niezasłużonym" jeszcze Amerykańskim Śnie "...